Już na początku napiszę, jakie myśli wypełnią głowę, ludzi chorych na nerwicę lękową, po przeczytaniu artykułu.
Cytuję,, Ja cierpię, a tam po drugiej stronie ekranu kobieta, która była chora proponuje, abym się śmiała ze swoich lęków. Łatwo jej teraz powiedzieć, bo czuje się pewnie dobrze. Nie słyszałam, nic bardziej niedorzecznego. Wyśmiewać nerwicę lękową! Przecież ja jestem chora, cierpię, boję się że umrę, z tego mam się śmiać. Czy to są jakieś żarty? Jestem daleka od wyśmiewania swoich objawów. Jeszcze się nie spotkałam z czymś takim, aby walczyć z nerwicą, wyśmiewając ją. Nie dam się przekonać. Co ta kobieta pisze. To nie dla mnie! itd.:"
Jednak proponuję( nie narzucam), abyś zastanowiła się nad lekceważącym podejściem do lęków, podczas pracy nad sobą.
Uważnie przeczytaj poniższe zdanie.
Podczas nerwicy lękowej IRRACJONALNE LĘKI, potrafią z życia, uczynić piekło na ziemi.
Kilkanaście lat temu, po przeczytaniu zdania,, Wyśmiewaj swoje lęki" zareagowałabym, agresją, żalem i posłałabym soczystą wiązankę owej osobie, która proponuje wyśmiewać się z mojego cierpienia.
Jednak zdecydowałam się w pracy nad pokonaniem nerwicy, ośmieszać irracjonalne lęki.
W początkowych stadiach choroby, gdy dopadał mnie lęk, wpadałam w panikę. Wtedy mówiłam do siebie,, A niech to szlak trafi, mam się śmiać ze swojej niedoli, czy mnie popieprzyło. Gdyby każdy , kto się z tego śmieje, chociaż raz doświadczył lęku, to nie byłoby mu do śmiechu. Łatwo komuś doradzać"
Rozumiem ludzi chorych na nerwicę lękową, bo sama na nią chorowałam. Gdy dopadał mnie lęk, panicznie się go bałam, ponieważ umysł odbierał go jako prawdziwe zagrożenie. Nic, dosłownie nic, nie mogłam poradzić. Wobec lęku, zachowywałam się jak służąca, całkowicie zawładnął moim życiem. Już nie wspomnę, o lęku przed lękiem, to dopiero była tragedia.
Postanowiłam regularnie spotykać się z osobami, chorymi na nerwicę, nie po to, aby narzekać, użalać się i pogrążać , lecz po to, aby ośmieszać lęki.
Super terapia, przynajmniej na mojej smutnej twarzy, zagościł przez chwilę uśmiech. Przyjrzałam się swojemu lękowi i poznałam mechanizm jego działania. Owa terapia była pomocna w pokonaniu paniki.W dużym stopniu, zmniejszył się lęk przed następnym lękiem.
Nie poddawaj się, nie rezygnuj. Jeżeli nie znasz osób chorych na nerwicę lękową, to ośmieszaj swoje lęki sama, bądź z osobami dla ciebie bliskimi i zaufanymi.
W następnym poście opiszę parę historii z owej terapii, opowiadanych przez kilka osób.
Myślę, że na twojej twarzy, chociaż raz zagości uśmiech. To będzie mój mały sukces.
niedziela, 5 stycznia 2014
czwartek, 2 stycznia 2014
Masaż pająka.
Podczas pracy nad sobą w pokonaniu nerwicy, dbałam o zdrowie fizyczne. Korzystałam z wiedzy medycyny naturalnej. Życie z nerwicą lekową, to życie w ciągłym stresie.
Napięcie, niecierpliwość, obawy, lęki i projektowanie czarnego scenariusza, wywoływało niemiłe reakcje emocjonalne i wszelkiego rodzaju bóle w ciele fizycznym. Często prosiłam kogoś z domowników o wykonanie masażu pająka , którego nauczyłam się w studium niekonwencjonalnych metod leczenia. Zaznaczę, że znerwicowane osoby w moim gabinecie masażu, były zadowolone z jego działania.
Masaż pająka działa przeciwbólowo i uspakajająco, jeżeli wykonujemy go ruchem spiralnym w przeciwnym kierunku, do ruchu wskazówek zegara.
Gdy masaż wykonujemy ruchem spiralnym, zgodnym z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, działa pobudzająco i energetycznie. Ma dość uniwersalne zastosowanie, ponieważ podczas nerwicy, raz jesteśmy pobudzeni, niecierpliwi, nie możemy sobie znaleźć miejsca, a innym razem senni, brak nam energii do życia. Myślę, że z owego masażu mogą skorzystać osoby, nie zainteresowane nerwicą.
Masaż wspaniale działa na odciążenie górnego kręgosłupa, szyjno- barkowego i na bóle głowy.
Teraz opiszę punkty akupunktury, które masuje się podczas masażu.
GRT 14---- Główny Regulator Tylny( siódmy krąg szyjny, ten najbardziej wystający) zwany jest punktem 100 zmęczeń, tutaj wszystkie meridiany oddają swoją gałązkę zmęczenia, następuje blokada energetyczna czyli przeciążenie szyjno-barkowe.
PM10--punkt akupunktury, znajdujący się na meridianie Pęcherza Moczowego. Leży na granicy owłosionej części karku, 1,3 cuna(szerokość poprzeczna na wysokości stawu dużego palca u ręki jest odpowiednikiem 1 cuna) po obu stronach kręgosłupa.
Pż21---punkt akupunktury, który leży na meridianie Pęcherza Żółciowego zwany jest bramą diabła. Łatwo go wyznaczyć, gdy podniesiemy w bok ręce, utworzą się w tym punkcie dwa zagłębienia.
Jc12---punkt leży na meridianie Jelita Cienkiego, zwany bramą wiatru. Wzmacnia odporność na wiatr i chłód. Wyznaczamy go, kładąc lewą rękę na prawej łopatce( dół nadgrzebieniowy)
Sposób wykonania masażu.
Opuszkami palców wskazujących, masujemy ruchem spiralnym od punktu GRT14 do punktów PM 10. Powtarzamy te ruchy10 razy, zawsze zaczynając od punktu GRT14. Następnie masujemy od punktu GRT14 do punktów Pż21, tak samo jak powyżej. Później przechodzimy do masowania od punktu GRT14 do punktów Jc12( powtarzamy czynność jak wyżej) Masaż trwa 3 lub 4 minuty.
Napięcie, niecierpliwość, obawy, lęki i projektowanie czarnego scenariusza, wywoływało niemiłe reakcje emocjonalne i wszelkiego rodzaju bóle w ciele fizycznym. Często prosiłam kogoś z domowników o wykonanie masażu pająka , którego nauczyłam się w studium niekonwencjonalnych metod leczenia. Zaznaczę, że znerwicowane osoby w moim gabinecie masażu, były zadowolone z jego działania.
Masaż pająka działa przeciwbólowo i uspakajająco, jeżeli wykonujemy go ruchem spiralnym w przeciwnym kierunku, do ruchu wskazówek zegara.
Gdy masaż wykonujemy ruchem spiralnym, zgodnym z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, działa pobudzająco i energetycznie. Ma dość uniwersalne zastosowanie, ponieważ podczas nerwicy, raz jesteśmy pobudzeni, niecierpliwi, nie możemy sobie znaleźć miejsca, a innym razem senni, brak nam energii do życia. Myślę, że z owego masażu mogą skorzystać osoby, nie zainteresowane nerwicą.
Masaż wspaniale działa na odciążenie górnego kręgosłupa, szyjno- barkowego i na bóle głowy.
Teraz opiszę punkty akupunktury, które masuje się podczas masażu.
GRT 14---- Główny Regulator Tylny( siódmy krąg szyjny, ten najbardziej wystający) zwany jest punktem 100 zmęczeń, tutaj wszystkie meridiany oddają swoją gałązkę zmęczenia, następuje blokada energetyczna czyli przeciążenie szyjno-barkowe.
PM10--punkt akupunktury, znajdujący się na meridianie Pęcherza Moczowego. Leży na granicy owłosionej części karku, 1,3 cuna(szerokość poprzeczna na wysokości stawu dużego palca u ręki jest odpowiednikiem 1 cuna) po obu stronach kręgosłupa.
Pż21---punkt akupunktury, który leży na meridianie Pęcherza Żółciowego zwany jest bramą diabła. Łatwo go wyznaczyć, gdy podniesiemy w bok ręce, utworzą się w tym punkcie dwa zagłębienia.
Jc12---punkt leży na meridianie Jelita Cienkiego, zwany bramą wiatru. Wzmacnia odporność na wiatr i chłód. Wyznaczamy go, kładąc lewą rękę na prawej łopatce( dół nadgrzebieniowy)
Sposób wykonania masażu.
Opuszkami palców wskazujących, masujemy ruchem spiralnym od punktu GRT14 do punktów PM 10. Powtarzamy te ruchy10 razy, zawsze zaczynając od punktu GRT14. Następnie masujemy od punktu GRT14 do punktów Pż21, tak samo jak powyżej. Później przechodzimy do masowania od punktu GRT14 do punktów Jc12( powtarzamy czynność jak wyżej) Masaż trwa 3 lub 4 minuty.
niedziela, 29 grudnia 2013
Nie mów o chorobie część II.
Łatwo mi było powiedzieć lecz trudniej wykonać.
Zaparłam się w sobie.
Pierwszy dzień był okropny, drugi gorszy od poprzedniego. W trzecim dniu zaczęłam się wycofywać z podjętej decyzji. Gdy usłyszałam słowa męża, adresowane do mnie ''; Widzę, że już lepiej się czujesz, bo drugi dzień nie narzekasz. Cieszę się, ze wzięłaś się w garść."
Nagle żal ścisnął moje serce. Nie wytrzymałam . Dałam upust narzekaniu i użalaniu się nad sobą.
Opowiedziałam z dokładnością o swoich objawach, jakie nawiedziły mnie tego dnia. Na końcu rozmowy, dobitnie podkreśliłam,, Myślałam, że dzisiaj będę wzywała pogotowie, bo byłam pewna , że umieram.''
Rozmowa o chorobie i jej dolegliwościach, stanowiło dla mnie w owym czasie sens życia.
Więc nic dziwnego, że zajmowało mi to większą część dnia.
Użalanie się nad sobą stanowiło żelazny argument na usprawiedliwianie i wycofywanie się z różnych sytuacji, które przynosiło życie.
Gdy kładłam się wieczorem spać, byłam na siebie zła, że nie wytrzymałam w postanowieniu.
Tak bardzo chciałam wyjść z nerwicy, chciałam być normalnie funkcjonującym człowiekiem.
Wycofanie się z powziętego celu ,, dołowało mnie".
Po każdej porażce, mobilizowałam się do bardziej wytężonej pracy nad sobą.
Przyrzekłam, że już nie będę opowiadać o swoich objawach.
Dzielnie pokonywałam kolejne dni.
Powtarzałam w myślach;
--- Dzisiaj nie będę narzekała
--- Co mi to da, że będę opowiadała o swoim cierpieniu.
---Nikt nie odbierze mi bólu głowy, słabości czy duszności.
--- Już nie będę się ośmieszała, w kółko powtarzając jedno i to samo.
Siedziałam przy kolacji z mężem i córkami. Opowiadali o tym jak minął im dzień. Udawałam, ze słucham z zainteresowaniem. Moją głowę zaprzątało skupianie się na swoich objawach. Czułam jak przepływa krew w moich żyłach, jak kumuluje się napięcie w głowie, jak zaciska się gardło, blokując przepływ powietrza. Byłam niecierpliwa i trzęsło mnie. O czasu do czasu wstawałam od stołu, aby odnieść daną rzecz, czy podnieść okruchy z dywanu.
Nie powiedziałam ani jednego słowa na temat dramatu, który rozgrywał się w moim organizmie.
Nareszcie nastała pora odpoczynku. Weszłam do łóżka i pierwszy raz od dłuższego czasu , UŚMIECHNĘŁAM się do siebie. Byłam z siebie dumna, ponieważ dzisiaj upłynął dziesiąty dzień bez narzekania. Po trzech tygodniach, temat nerwicy lekko opadł z piedestału.Owszem, chodziłam jak zdjęta ,, z krzyża'' bo też tak się czułam. W głowie oprócz czerni, zaczęła przeplatać się nuta szarości. Zrobiłam malutki kroczek w pokonaniu nerwicy.
Zaparłam się w sobie.
Pierwszy dzień był okropny, drugi gorszy od poprzedniego. W trzecim dniu zaczęłam się wycofywać z podjętej decyzji. Gdy usłyszałam słowa męża, adresowane do mnie ''; Widzę, że już lepiej się czujesz, bo drugi dzień nie narzekasz. Cieszę się, ze wzięłaś się w garść."
Nagle żal ścisnął moje serce. Nie wytrzymałam . Dałam upust narzekaniu i użalaniu się nad sobą.
Opowiedziałam z dokładnością o swoich objawach, jakie nawiedziły mnie tego dnia. Na końcu rozmowy, dobitnie podkreśliłam,, Myślałam, że dzisiaj będę wzywała pogotowie, bo byłam pewna , że umieram.''
Rozmowa o chorobie i jej dolegliwościach, stanowiło dla mnie w owym czasie sens życia.
Więc nic dziwnego, że zajmowało mi to większą część dnia.
Użalanie się nad sobą stanowiło żelazny argument na usprawiedliwianie i wycofywanie się z różnych sytuacji, które przynosiło życie.
Gdy kładłam się wieczorem spać, byłam na siebie zła, że nie wytrzymałam w postanowieniu.
Tak bardzo chciałam wyjść z nerwicy, chciałam być normalnie funkcjonującym człowiekiem.
Wycofanie się z powziętego celu ,, dołowało mnie".
Po każdej porażce, mobilizowałam się do bardziej wytężonej pracy nad sobą.
Przyrzekłam, że już nie będę opowiadać o swoich objawach.
Dzielnie pokonywałam kolejne dni.
Powtarzałam w myślach;
--- Dzisiaj nie będę narzekała
--- Co mi to da, że będę opowiadała o swoim cierpieniu.
---Nikt nie odbierze mi bólu głowy, słabości czy duszności.
--- Już nie będę się ośmieszała, w kółko powtarzając jedno i to samo.
Siedziałam przy kolacji z mężem i córkami. Opowiadali o tym jak minął im dzień. Udawałam, ze słucham z zainteresowaniem. Moją głowę zaprzątało skupianie się na swoich objawach. Czułam jak przepływa krew w moich żyłach, jak kumuluje się napięcie w głowie, jak zaciska się gardło, blokując przepływ powietrza. Byłam niecierpliwa i trzęsło mnie. O czasu do czasu wstawałam od stołu, aby odnieść daną rzecz, czy podnieść okruchy z dywanu.
Nie powiedziałam ani jednego słowa na temat dramatu, który rozgrywał się w moim organizmie.
Nareszcie nastała pora odpoczynku. Weszłam do łóżka i pierwszy raz od dłuższego czasu , UŚMIECHNĘŁAM się do siebie. Byłam z siebie dumna, ponieważ dzisiaj upłynął dziesiąty dzień bez narzekania. Po trzech tygodniach, temat nerwicy lekko opadł z piedestału.Owszem, chodziłam jak zdjęta ,, z krzyża'' bo też tak się czułam. W głowie oprócz czerni, zaczęła przeplatać się nuta szarości. Zrobiłam malutki kroczek w pokonaniu nerwicy.
piątek, 27 grudnia 2013
Nie mów o chorobie część I.
Lęk królował w mojej głowie. Poddałam mu się całkowicie. Był irracjonalny, lecz mój umysł odbierał go, jako prawdziwe zagrożenie życia. Zachowywałam się jak przestraszona, biedna mysz, która siedzi w norce i cały czas się trzęsie, aby jej tam nie dopadła śmierć.
Ego było tak rozszalałe, tak nieprzyjazne, że doprowadzało mnie do destruktywnego zachowania.
Nie miałam nad nim władzy. Żyłam przeszłością i przyszłością, zabrakło miejsca na teraźniejszość.
Nie było mowy o dostosowaniu się do codzienności. Już nie potrafiłam być normalnym człowiekiem.
Domownicy codziennie słyszeli o moich fizycznych objawach: że jest mi słabo, że kręci mi się w głowie, że zaraz się uduszę, że dostanę zawału serca, że mnie sparaliżuje, że ich nie widzę bo wzrok się rozmazuje, że zaraz umrę itd.
Moje zachowanie na każdym kroku, zdradzało jakimi myślami jest przepełniona głowa.
Byłam uciążliwa i monotematyczna. Trudno było wytrzymać w moim towarzystwie.
Domownicy, gdy tylko nadarzała się okazja, omijali mnie i unikali.
Wtedy cierpiałam podwójnie, bo czułam się odrzucona i niekochana.
Taka sytuacja trwała dniami, tygodniami i miesiącami. Zatruwałam sobie i innym życie.
Wszystko kręciło się wokół mojej nerwicy lękowej. Sytuacje i wydarzenia odbierałam w kolorze czarnym, nie było miejsca na odcienie szarości, już nie wspomnę o bieli.
Ten niepokój, ta niecierpliwość oraz częste wpadanie w panikę, rozsiewało napięcie wokół otaczających mnie osób. Wyryty na twarzy smutek i przerażenie w oczach, mówiło samo za siebie.
Byłam przekonana o tym, że jak będę opowiadała o swoich objawach nerwicowych, to emocje i żal wypłyną na zewnątrz. Bardzo się myliłam. Zasada działała akurat odwrotnie.
Im więcej opowiadałam o swoim cierpieniu, tym więcej tego cierpienia było.
Byłam tak uzależniona od użalania, jak alkoholik od alkoholu.
Pewnego dnia nareszcie dotarło do mnie, że domownikom jest trudno ze mną wytrzymać.
Mąż patrzył na mnie z politowaniem, a córki ze złością, że jestem taka a nie inna.
Zaczęłam się coraz bardziej obwiniać i nienawidzić.
Byłam w tak opłakanym stanie psychicznym, w takim chaosie myśli, że nie wiedziałam od czego zacząć pracę ze sobą, aby pokonać nerwice.
Postanowiłam, że nie będę mówiła na głos o swoich objawach nerwicowych.
Muszę wytrzymać w swoim postanowieniu.
Ego było tak rozszalałe, tak nieprzyjazne, że doprowadzało mnie do destruktywnego zachowania.
Nie miałam nad nim władzy. Żyłam przeszłością i przyszłością, zabrakło miejsca na teraźniejszość.
Nie było mowy o dostosowaniu się do codzienności. Już nie potrafiłam być normalnym człowiekiem.
Domownicy codziennie słyszeli o moich fizycznych objawach: że jest mi słabo, że kręci mi się w głowie, że zaraz się uduszę, że dostanę zawału serca, że mnie sparaliżuje, że ich nie widzę bo wzrok się rozmazuje, że zaraz umrę itd.
Moje zachowanie na każdym kroku, zdradzało jakimi myślami jest przepełniona głowa.
Byłam uciążliwa i monotematyczna. Trudno było wytrzymać w moim towarzystwie.
Domownicy, gdy tylko nadarzała się okazja, omijali mnie i unikali.
Wtedy cierpiałam podwójnie, bo czułam się odrzucona i niekochana.
Taka sytuacja trwała dniami, tygodniami i miesiącami. Zatruwałam sobie i innym życie.
Wszystko kręciło się wokół mojej nerwicy lękowej. Sytuacje i wydarzenia odbierałam w kolorze czarnym, nie było miejsca na odcienie szarości, już nie wspomnę o bieli.
Ten niepokój, ta niecierpliwość oraz częste wpadanie w panikę, rozsiewało napięcie wokół otaczających mnie osób. Wyryty na twarzy smutek i przerażenie w oczach, mówiło samo za siebie.
Byłam przekonana o tym, że jak będę opowiadała o swoich objawach nerwicowych, to emocje i żal wypłyną na zewnątrz. Bardzo się myliłam. Zasada działała akurat odwrotnie.
Im więcej opowiadałam o swoim cierpieniu, tym więcej tego cierpienia było.
Byłam tak uzależniona od użalania, jak alkoholik od alkoholu.
Pewnego dnia nareszcie dotarło do mnie, że domownikom jest trudno ze mną wytrzymać.
Mąż patrzył na mnie z politowaniem, a córki ze złością, że jestem taka a nie inna.
Zaczęłam się coraz bardziej obwiniać i nienawidzić.
Byłam w tak opłakanym stanie psychicznym, w takim chaosie myśli, że nie wiedziałam od czego zacząć pracę ze sobą, aby pokonać nerwice.
Postanowiłam, że nie będę mówiła na głos o swoich objawach nerwicowych.
Muszę wytrzymać w swoim postanowieniu.
niedziela, 22 grudnia 2013
Inwestuj w siebie.
Byłam zmuszona, aby pracować ze sobą nad pokonaniem nerwicy lękowej.
Na podstawie wieloletnich doświadczeń, nauczyłam się obserwować swoje ego, które szeptało, krzyczało i narzucało myśli, które wywoływały niemiłe emocje. Powoli, cierpliwie i systematycznie zmieniałam kody w swoim komputerze. Na początku moim celem było pokonanie choroby. Z czasem pragnienia poszerzyły się. Konsekwentnie z zapałem, inwestowałam w siebie. Dzięki pracy odkryłam inny świat. Pokochałam swoje wewnętrzne dziecko. Odkryłam swoje pasje. Teraz przez życie, prowadzi mnie wewnętrzna mądrość./ Każdy z nas ją posiada/ Radość czy ochrona,
pochodzą z wnętrza, już nie opieram tych uczuć na zewnętrznych sytuacjach czy osobach.
Stare porzekadło jest prawdziwe; Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło;
Podsumuję temat wierszem, który napisałam w książce ; Pokonaj cienie przeszłości"
Ziarno rozsiane przez wiatr
Spadło na ziemię
Zabrakło mu szczęścia
By upaść na żyzną glebę
Tu wiatr wyznaczył ci miejsce
Zakorzeniłaś się i rosłaś na skale
Wiatr smagał wiotkie gałązki
Uginałaś się do ziemi
Zdawać by się mogło, że wyrwie cię z korzeniami
Pioruny uderzające w skały
Nie zniszczyły cię ulewy i śnieżyce
Zmagałaś się z żywiołami przyrody
W bezwzględnym górskim klimacie
Połamały się gałązki, lecz rosłaś nadal
Ze smutkiem spoglądałaś na limby
Rosnące w skupieniu u podnóża szczytu
Osamotniona zmagałaś się z żywiołem
Odpierałaś dzielnie ataki
Człowiek wywołał lawinę
Teraz stałaś wrośnięta w ziemię
Jak ogołocony pal
Zdawać by się mogło, że się nie odrodzisz
Nie odbijesz od dna
Z czasem wypuściłaś z kory nowe gałązki
Liście zaczęły tworzyć koronę
Rosłaś pomimo przeciwności losu
Rosłaś pomimo przeciwności natury
Rosłaś wbrew rządzącym prawom
Czerpałaś siły z promieni słonecznych
Umacniałaś korzenie wplatając je w kamienie skalne
Kąpałaś się w strugach deszczu
O dziwo!
Zaczęłaś tańczyć podczas wiatru
Mijały miesiące i lata
Gałęzie i liście tworzyły imponującą koronę
Ty rosłaś i rozkwitałaś
Wbrew przeciwnościom losu
Teraz limby spoglądały z podziwem na ciebie
Zdrowia, wewnętrznej radości i wiary we własne siły
z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia oraz
Nowego Roku
życzę wszystkim czytelnikom
z Polski i poza jej granicami.
Kazimiera Sokołowska.
Na podstawie wieloletnich doświadczeń, nauczyłam się obserwować swoje ego, które szeptało, krzyczało i narzucało myśli, które wywoływały niemiłe emocje. Powoli, cierpliwie i systematycznie zmieniałam kody w swoim komputerze. Na początku moim celem było pokonanie choroby. Z czasem pragnienia poszerzyły się. Konsekwentnie z zapałem, inwestowałam w siebie. Dzięki pracy odkryłam inny świat. Pokochałam swoje wewnętrzne dziecko. Odkryłam swoje pasje. Teraz przez życie, prowadzi mnie wewnętrzna mądrość./ Każdy z nas ją posiada/ Radość czy ochrona,
pochodzą z wnętrza, już nie opieram tych uczuć na zewnętrznych sytuacjach czy osobach.
Stare porzekadło jest prawdziwe; Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło;
Podsumuję temat wierszem, który napisałam w książce ; Pokonaj cienie przeszłości"
Ziarno rozsiane przez wiatr
Spadło na ziemię
Zabrakło mu szczęścia
By upaść na żyzną glebę
Tu wiatr wyznaczył ci miejsce
Zakorzeniłaś się i rosłaś na skale
Wiatr smagał wiotkie gałązki
Uginałaś się do ziemi
Zdawać by się mogło, że wyrwie cię z korzeniami
Pioruny uderzające w skały
Nie zniszczyły cię ulewy i śnieżyce
Zmagałaś się z żywiołami przyrody
W bezwzględnym górskim klimacie
Połamały się gałązki, lecz rosłaś nadal
Ze smutkiem spoglądałaś na limby
Rosnące w skupieniu u podnóża szczytu
Osamotniona zmagałaś się z żywiołem
Odpierałaś dzielnie ataki
Człowiek wywołał lawinę
Teraz stałaś wrośnięta w ziemię
Jak ogołocony pal
Zdawać by się mogło, że się nie odrodzisz
Nie odbijesz od dna
Z czasem wypuściłaś z kory nowe gałązki
Liście zaczęły tworzyć koronę
Rosłaś pomimo przeciwności losu
Rosłaś pomimo przeciwności natury
Rosłaś wbrew rządzącym prawom
Czerpałaś siły z promieni słonecznych
Umacniałaś korzenie wplatając je w kamienie skalne
Kąpałaś się w strugach deszczu
O dziwo!
Zaczęłaś tańczyć podczas wiatru
Mijały miesiące i lata
Gałęzie i liście tworzyły imponującą koronę
Ty rosłaś i rozkwitałaś
Wbrew przeciwnościom losu
Teraz limby spoglądały z podziwem na ciebie
Zdrowia, wewnętrznej radości i wiary we własne siły
z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia oraz
Nowego Roku
życzę wszystkim czytelnikom
z Polski i poza jej granicami.
Kazimiera Sokołowska.
środa, 18 grudnia 2013
Przerwij zaklęty krąg.
Obserwowałam ludzi na grupach terapeutycznych. Byłam świadkiem ich reakcji emocjonalnych. W ośrodku uświadomili sobie, skąd pochodzi źródło ich lęków. Byli zaskoczeni tym, że taki los zgotowały im najbliższe osoby, kochane przez nich. Byli rozżaleni i wściekli, że akurat to ich spotkało. Czuli się odrzuceni i niekochani. Użalali się nad sobą , do tego stopnia, że ich samopoczucie, było w opłakanym stanie. W ich pamięci wyryły się same tragiczne sytuacje z okresu dzieciństwa i lat młodości. Sama byłam tego przykładem. Cierpienie, tak się skumulowało, że nie mogłam ze sobą wytrzymać. Dopiero po pewnym czasie, olśniło mnie, że zadaje sobie i tylko sobie ból, który bazuje na przeszłości. Byłam dzieckiem, dlatego biernie przyjmowałam to, co zsyłał mi los. Nikt mnie nie nauczył jak się bronić. Dlatego wybaczyłam sobie. Wybaczenie innym, zajęło mi trochę czasu. Gdy zrozumiałam, że najbliżsi byli na takim, a nie innym poziomie nieświadomości. Postępowali tak, jak z nimi postępowano. Zgłębiłam temat ich dzieciństwa i zrozumiałam. Jestem pewna, że gdyby ktoś uświadomił ich, że wychowanie przyszłego pokolenia wygląda zupełnie inaczej, zapewne skorzystaliby z porad.
Popatrz, jak historia zatacza krąg.
Jesteśmy ofiarami ofiar.
Przerwij ten zaklęty krąg dla własnego dobra i innych.
Daj początek zdrowym relacjom.
Teraz zamknij oczy i przypomnij sobie, te dobre chwile z okresu dzieciństwa. Gdy wykonywałam powyższe ćwiczenie, byłam przerażona, że tylko złe sytuacje wyryły się w mojej pamięci. Ćwiczenie to powtarzałam przez kolejne dwa dni. Byłam zaskoczona, że te dobre chwile umknęły z mojej pamięci. Było ich całkiem sporo. Fala ciepłych uczuć zalała moje ciało. Uświadomiłam sobie, że nie byłam całkiem odrzucona, że rodzice kochali mnie na swój sposób.
Teraz usiądź wygodnie w fotelu i przemyśl zagadnienie poruszone w poście.
Zaobserwuj i zastanów się, jak ty traktujesz siebie i co o sobie myślisz.
Z doświadczenia wiem, że postępujesz ze sobą tak, jak postępowali z tobą rodzice. Zapewne masz do siebie żal, że tak, a nie inaczej cię wychowali. Zachowujesz się nie tak, jakbyś sobie tego życzyła. Krytykujesz się, obwiniasz, porównujesz do innych. Masz zapewne zaniżoną ocenę swojej osoby. Potrzebujesz potwierdzenia innych, często opierasz prawdę na cudzych poglądach. Nie potrafisz być asertywna. Przekładasz dobro innych , nad swoje. Twoje myśli żyją przeszłością i przyszłością. Tylko spontanicznie skupiasz się na chwili obecnej, która jest podstawą spokojnej, harmonijnej egzystencji.
Odpowiedz sobie na pytanie; Czy ty kochasz siebie?
Jeśli tak, to bądź dla siebie kochającym, wyrozumiałym rodzicem. Przytulaj to dziecko, które jest w tobie. Mów do niego, w ciszy i na głos, że go kochasz. Poświęcaj mu codziennie dużo czasu. Dopinguj w dążeniu do celu. Odkryj, co lubi i jakie ma pasje.
Jeżeli, ty nie pokochasz siebie, to nikt cię nie pokocha.
Nikt nie da ci tyle miłości, co ty dasz sobie.
Jest to milowy krok, w pokonaniu obaw, lęków i przeciwności losu.
Popatrz, jak historia zatacza krąg.
Jesteśmy ofiarami ofiar.
Przerwij ten zaklęty krąg dla własnego dobra i innych.
Daj początek zdrowym relacjom.
Teraz zamknij oczy i przypomnij sobie, te dobre chwile z okresu dzieciństwa. Gdy wykonywałam powyższe ćwiczenie, byłam przerażona, że tylko złe sytuacje wyryły się w mojej pamięci. Ćwiczenie to powtarzałam przez kolejne dwa dni. Byłam zaskoczona, że te dobre chwile umknęły z mojej pamięci. Było ich całkiem sporo. Fala ciepłych uczuć zalała moje ciało. Uświadomiłam sobie, że nie byłam całkiem odrzucona, że rodzice kochali mnie na swój sposób.
Teraz usiądź wygodnie w fotelu i przemyśl zagadnienie poruszone w poście.
Zaobserwuj i zastanów się, jak ty traktujesz siebie i co o sobie myślisz.
Z doświadczenia wiem, że postępujesz ze sobą tak, jak postępowali z tobą rodzice. Zapewne masz do siebie żal, że tak, a nie inaczej cię wychowali. Zachowujesz się nie tak, jakbyś sobie tego życzyła. Krytykujesz się, obwiniasz, porównujesz do innych. Masz zapewne zaniżoną ocenę swojej osoby. Potrzebujesz potwierdzenia innych, często opierasz prawdę na cudzych poglądach. Nie potrafisz być asertywna. Przekładasz dobro innych , nad swoje. Twoje myśli żyją przeszłością i przyszłością. Tylko spontanicznie skupiasz się na chwili obecnej, która jest podstawą spokojnej, harmonijnej egzystencji.
Odpowiedz sobie na pytanie; Czy ty kochasz siebie?
Jeśli tak, to bądź dla siebie kochającym, wyrozumiałym rodzicem. Przytulaj to dziecko, które jest w tobie. Mów do niego, w ciszy i na głos, że go kochasz. Poświęcaj mu codziennie dużo czasu. Dopinguj w dążeniu do celu. Odkryj, co lubi i jakie ma pasje.
Jeżeli, ty nie pokochasz siebie, to nikt cię nie pokocha.
Nikt nie da ci tyle miłości, co ty dasz sobie.
Jest to milowy krok, w pokonaniu obaw, lęków i przeciwności losu.
piątek, 13 grudnia 2013
Ewelina i Beata.
Ewelina zaczęła opowiadać- Byłam oziębła uczuciowo. Moje życie seksualne nie układało się. Mąż mnie zostawił po pięciu latach małżeństwa.
Miałam jedenaście lub dwanaście lat, w tym wieku nie rozumiałam wielu słów dotyczących życia dorosłych. Było sobotnie popołudnie. W domu panowała atmosfera zadowolenia, ponieważ ojciec przyszedł trzeźwy z pracy. Całą trójką wybraliśmy się na działkę. Matka plewiła grządki marchewki, wyrzucając chwasty do dziecinnego wiaderka, które służyło mi do robienia babek z piasku, gdy byłam mała. Jak zwykle asystowałam przy pracy, śledząc każdy ruch, aby nie przegapić wezwania słowem bądź gestem. Zachowaniem przypominałam służącą, wzywaną dźwiękiem dzwonka. Wiaderko miało malutką pojemność, więc kilka chwastów szybko zapełniało naczynie. Byłam zadowolona, że matka ma dobry humor. Po skończonej pracy, usiadłam obok ojca i przytuliłam się do niego. Przed moimi oczami roztaczał się obraz szczęśliwej, zadowolonej rodziny Chciałam tę chwilę zatrzymać, aby trwała jak najdłużej. W tamtym czasie, było to moim najważniejszym marzeniem. Matka przyglądała mi się uważnie. Jej mina wyrażała niezadowolenie.Odeszłam od ojca i usiadłam na trawie. Matka podeszła do mnie i powiedziała ściszonym głosem, tak, aby ta informacja dotarła tylko do moich uszu: ; A ty krowo, co tak się przytulasz do ojca. Żyjesz z nim? Ty skurwysynu! "Wypowiedziała to tak groźnie, dając mi do zrozumienia, że zrobiłam coś złego. O znaczeniu słów matki, dowiedziałam się kilka dni później od starszej koleżanki. Już nigdy więcej nie przytulałam się do ojca. Były momenty, że tata mnie poklepał po ramieniu lub pogłaskał po głowie. W takich sytuacjach, natychmiast odsuwałam się od niego. Panicznie bałam się reakcji matki.
Beata piastowała odpowiedzialne stanowisko. Była bogatą , niezależną finansowo kobietą. Panicznie bała się biedy i uzależnienia finansowego.
Zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie.: " Ojciec często straszył matkę, że ją opuści. Wystraszona tymi groźbami załamywała ręce. Mówiła do mnie przerażona, że nie będziemy miały za co żyć i nie poradzimy sobie bez pieniędzy ojca. Bardzo się bałam, że taka sytuacja może nastąpić. Nie spałam po nocach, chodziłam smutna i zamyślona. Byłam dzieckiem, słowa rodziców przyjmowałam bez filtra. Wierzyłam im, myśląc, że oni zawsze mają rację. Byłam pewna, że są moją jedyną ostoją.
Miałam jedenaście lub dwanaście lat, w tym wieku nie rozumiałam wielu słów dotyczących życia dorosłych. Było sobotnie popołudnie. W domu panowała atmosfera zadowolenia, ponieważ ojciec przyszedł trzeźwy z pracy. Całą trójką wybraliśmy się na działkę. Matka plewiła grządki marchewki, wyrzucając chwasty do dziecinnego wiaderka, które służyło mi do robienia babek z piasku, gdy byłam mała. Jak zwykle asystowałam przy pracy, śledząc każdy ruch, aby nie przegapić wezwania słowem bądź gestem. Zachowaniem przypominałam służącą, wzywaną dźwiękiem dzwonka. Wiaderko miało malutką pojemność, więc kilka chwastów szybko zapełniało naczynie. Byłam zadowolona, że matka ma dobry humor. Po skończonej pracy, usiadłam obok ojca i przytuliłam się do niego. Przed moimi oczami roztaczał się obraz szczęśliwej, zadowolonej rodziny Chciałam tę chwilę zatrzymać, aby trwała jak najdłużej. W tamtym czasie, było to moim najważniejszym marzeniem. Matka przyglądała mi się uważnie. Jej mina wyrażała niezadowolenie.Odeszłam od ojca i usiadłam na trawie. Matka podeszła do mnie i powiedziała ściszonym głosem, tak, aby ta informacja dotarła tylko do moich uszu: ; A ty krowo, co tak się przytulasz do ojca. Żyjesz z nim? Ty skurwysynu! "Wypowiedziała to tak groźnie, dając mi do zrozumienia, że zrobiłam coś złego. O znaczeniu słów matki, dowiedziałam się kilka dni później od starszej koleżanki. Już nigdy więcej nie przytulałam się do ojca. Były momenty, że tata mnie poklepał po ramieniu lub pogłaskał po głowie. W takich sytuacjach, natychmiast odsuwałam się od niego. Panicznie bałam się reakcji matki.
Beata piastowała odpowiedzialne stanowisko. Była bogatą , niezależną finansowo kobietą. Panicznie bała się biedy i uzależnienia finansowego.
Zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie.: " Ojciec często straszył matkę, że ją opuści. Wystraszona tymi groźbami załamywała ręce. Mówiła do mnie przerażona, że nie będziemy miały za co żyć i nie poradzimy sobie bez pieniędzy ojca. Bardzo się bałam, że taka sytuacja może nastąpić. Nie spałam po nocach, chodziłam smutna i zamyślona. Byłam dzieckiem, słowa rodziców przyjmowałam bez filtra. Wierzyłam im, myśląc, że oni zawsze mają rację. Byłam pewna, że są moją jedyną ostoją.
Subskrybuj:
Posty (Atom)