Łączna liczba wyświetleń

sobota, 25 stycznia 2014

Medytacja.


W  czasie  zaostrzonego  stanu  chorobowego  byłam  niecierpliwa,  poirytowana,  drażliwa,  rozżalona  i oczywiście  bardzo  wystraszona.
Nic,  dosłownie  nic,  nie było w stanie przykuć  mojej  uwagi na dłużej,  a co dopiero zainteresować  się czymś  czy  zainspirować.
Nawet nie potrafiłam  skupić  swojej  uwagi  na osobie,  która  starała  się ze  mną  rozmawiać.
Cierpienie,  obawy o to,  że  jestem  chora,  że  mogę  w każdej chwili  umrzeć  i ten wieczny lęk przed lękiem, przysłoniły  sytuacje i wydarzenia, toczące się obok mnie w życiu codziennym.
Natomiast po mistrzowsku, potrafiłam skupiać się na swoich objawach fizycznych i emocjonalnych.
A  już  w czarnowidztwie i  snuciu czarnego scenariusza ,  byłam chyba  jedną z najlepszych w okolicy.
Wiem ze swojego doświadczenia , że jest  to smutne  i tragiczne dla chorego na nerwicę lękową,  ale jak to teraz piszę,  to się sama do siebie uśmiecham. Wtedy nie było mi do śmiechu, bo byłam chora i zachowywałam się tak,  jaki był mój stan umysłu podczas  choroby.

Zboczę trochę z tematu, ponieważ chcę  napisać do ludzi, którzy czytają ten post(a nie są chorzy na nerwicę lękową i nie mają w swoim otoczeniu  takiego osobnika), że  osoba chora na nerwicę lękową ,nie jest osobą nienormalną.( Takie określenie słyszałam za swoimi plecami dość często. Bardzo mnie to bolało i zaczynałam w trudnych okresach  choroby w to wierzyć.)

 Pamiętajcie,  że jesteście silni i dzielni.

Miałam dużo trudniejsze życie, niż zdrowy przeciętny człowiek,  ponieważ musiałam się uczyć na nowo funkcjonować  bez lęku, aby znowu przystosować się do  codziennego otoczenia.
 Chorzy na nerwicę lękową doskonale wiedzą o czym pisze.
Wyprowadzające z równowagi  są opinie osób, którzy  nie mają pojęcia o chorobie i jej objawach.
A najgorzej denerwujące są stwierdzenia:
,,Jak można się bać ?
Nie wyobrażam sobie, żeby się  bać czegoś nierealnego!
Przecież można sobie przetłumaczyć!”

Już nie będę się rozwodziła, ale napiszę o piesku. Opowiadam  to ludziom, którzy nie potrafią zrozumieć , skąd pochodzą lęki.  

W otoczeniu znajdują się trzy pieski. Psocą, bawią się ze sobą.  Podchodzę do nich i jak zwykle chce je pogłaskać. Dwa zwierzątka podbiegają śmiało , merdając ogonkami.  Kładę ręce i głaskam po futrzanych łebkach. Pieski radośnie poszczekują i łaszą się. Spoglądam na trzeciego zwierzaczka, który mniej spontanicznie merda ogonkiem i spogląda  z rezerwą,  czarnymi ślepkami. Podchodzę do niego  aby go pogłaskać.  Piesek wycofuje się i  ucieka . Takie zachowanie trwa już kilka miesięcy.

 

 Spytacie dlaczego?

Bo na jego łebku, poprzedni  właściciel gasił papierosy!

 

 Powracam do powyższego tematu.

 Gdy tylko nadarzyła się taka sposobność, zawsze starałam się unikać ludzi. Dosłownie uciekałam od wszelkich spotkań. Bałam się , że nie wytrzymam  nawet dwóch minut podczas rozmowy z danym osobnikiem.

Skupiałam się na swoich objawach. Robiło mi się słabo, trzęsło mnie, pociły się ręce itp.  Tak bardzo bałam się , aby rozmówca nie odkrył mojej inności.

 Im bardziej się starałam ukryć niechciane reakcje  ciała, tym bardziej ich siła narastała we wnętrzu. Doprowadzało mnie to do tego, że musiałam się ratować ucieczką.
Wtedy ratowałam się, wcześniej obmyślanymi  wymówkami.
Raz się spieszyłam, to  zaś musiałam pilnie jechać na umówioną wizytę, a innym razem przepraszałam, że  muszę  iść szybko do domu, bo zapomniałam wyłączyć żelazko.

Pracowałam nad sobą w domu, aby pokonać chorobę.
Intuicyjnie czułam, że  powinnam codziennie przez kilka minut , siedzieć  i wpatrywać się w dany przedmiot.
 Zabrałam się do pracy . Owe ćwiczenie, można nazwać medytacją.

Wpatrywałam się w ikonę, która wisiała na ścianie w pokoju.
Na początku nie mogłam usiedzieć nawet dwóch minut, obraz się rozmazywał, kręciłam się na stołku, kilkakrotnie odrywałam wzrok od obserwowanego przedmiotu.

Codziennie wykonywałam  ćwiczenie.

Na początku nie byłam przekonana o jego skuteczności. Wtedy myślałam--,,-Po co mam patrzyć w jakiś przedmiot, to głupota, która do niczego nie jest mi potrzebna. 
Z biegiem czasu zrozumiałam cel medytacji . Uczyła mnie jak skupiać uwagę na otaczającym mnie świecie, a nie tylko na sobie.
Po dwóch tygodniach  medytacji, siedziałam cierpliwie i bez odrywania oczu, mogłam patrzyć na obrazek już piętnaście minut.
Po trzech  tygodniach zaczęłam  się odprężać, podczas już dwudziesto-minutowego wpatrywania, które muszę przyznać , że  polubiłam.
Po sześciu tygodniach, systematycznego wykonywania  ćwiczenia, zauważyłam korzystną zmianę w swoim  zachowaniu.
Potrafiłam  coraz częściej skupiać swoją uwagę na  rozmówcy.

Pierwszy raz nie zwróciłam na to uwagi, ale pamiętam, że za trzecim czy czwartym razem, rozmawiając z koleżanką, skupiłam się na jej ozdobnych guzikach przy sukience, nawet zainteresowało  mnie jej opowiadanie o małym synku.
Z czasem potrafiłam odwracać od siebie uwagę,  podczas przebywania z ludźmi przez  dłuższy czas.
Muszę zaznaczyć, że  w dużym  stopniu , wyciszyłam się wewnętrznie.
Coraz bardziej zaczęłam się interesować  życiem, które toczyło się koło mnie.
Odciągałam uwagę od skupiania się na sobie, dzięki czemu mogłam coraz częściej uczestniczyć  w  codziennym życiu.

 

 

1 komentarz: